Długo zastanawiałam się o czym mam napisać. W głowie kłębi się tyle myśli, tylko jakoś nie chcą się złożyć w kupę. Przede wszystkim, dziękuję że tutaj do mnie zaglądacie, że  komentujecie moje wypocone wpisy, że jesteście. Przynajmniej wiem, że gdzieś w tych kablach jakiś przekaz siedzi, że mimo wszystko nie jestem sama, i chociaż niektórzy są daleko ode mnie, swoim poczuciem humoru, swoją osobą, sprawiają, że ja staję się lepszym człowiekiem. Nie chcę, aby ten blog był tylko o narzekaniu, ale mam teraz gorszy okres, i tak po prostu musi być.  Staram się poprawić - tylko zbyt łatwo się poddaję, i czasami mam przez to dalej...Najważniejsze, że mam z kim o tym porozmawiać, czasami zostanę sprowadzona na ziemię, ale to dobrze, bo przecież nie mogę myśleć w czarnych barwach,  nie mogę bać się własnego strachu, on powinien na mnie działać dopingująco. Na pewno będzie trudno, ale chyba warto próbować, chociażby dlatego, żeby sprawić innym przyjemność, żeby wiedzieli, że ich słowa nie poszły na marne, że w mojej głowie one zostały, i ja za wszelką cenę, chcę coś z tym zrobić. Muszę!




Zakopane staje się realne. Pan Józef został namierzony, bardzo ucieszył się na nasze trzydniowe odwiedziny. Niestety, nie możemy jechać w tym tygodniu tak, jak to było planowane wcześniej ( chociaż nie wiem, jak ja bym pojechała),  on przyjeżdża do domu, a tam jedzie jego córka z dziećmi, a  z córką,  to my nie mamy o czym rozmawiać, więc przekładamy wyjazd. Może nawet do grudnia. Najważniejsze, żeby spotkać się z dawno niewidzianymi ludźmi, zagrać partyjkę w brydża, pośmiać się, napić za zdrowie :) Opóźnienie jest mi na rękę,  szczególnie teraz, kiedy sprawy chorobowe przybierają taki obrót rzeczy, i nie wiadomo, co mnie czeka w czwartek -  boję się tego dnia strasznie, boje się, że lekarz wypowie słowo szpital, i boję się mojej odpowiedzi. Nie chcę się kłaść na oddziale, nie chcę znowu przechodzić przez to wszystko, ech. W podświadomości kreuje mi się pytanie, a co zrobisz? Zresztą to pytanie zadaje nie tylko moja podświadomość...  Trza mi chyba porządnego kopa...

Na gorsze chwile najlepszy Camel, i Andy Latimer. Magia...




Jak ja nie lubię poniedziałków, i to nie ma znaczenia, czy muszę wstać do pracy, czy w ogóle nie muszę wstawać, nie lubię i już! Źle się czuję, chyba zbiera mnie jakieś choróbsko. Jestem taka słaba, nic mi się nie chce, nie mam siły normalnie funkcjonować. Zaciek na plecach nie daje mi w nocy spać, jak uda się usnąć na 3 godziny to jest dobrze, żeby się człowiek chociaż mógł położyć,  a tu  nie da się, trzeba na siedząco, bo naprężenie mięśni pleców przy próbie położenia, daje niewyobrażalny ból, na który nie pomagają żadne środki przeciwbólowe. Naprawdę mam już tego dość. Ja już tego dłużej nie wytrzymam...Samopoczucie (-10)
Jeszcze pogoda tak bardzo optymistyczna za oknem, że nic tylko z niego skoczyć, tudzież wleźć pod jakiś samochód, żeby się już nie męczyć... Opatrunek zaliczony, powtarza się sytuacja z przed szpitala - sama zmiana kompresów sprawia mi ból... Kolejna wizyta w czwartek, tym razem już lekarz będzie wiódł prym. Siostra kazała być dobrej myśli. Jej się dobrze mówi, ona nie walczy z tym już  5 miesięcy. Za każdym razem ma być dobrze... za każdym. Antybiotyk, który teraz zażywam chyba ma mnie w nosie, bo nie chce zacząć działać, boli mnie po nim żołądek,oczywiście może być taki skutek uboczny, ale ja mam jeszcze parę innych też. Kupuje człowiek lek za 80 zł, i można go za przeproszeniem wsadzić sobie w to miejsce, gdzie plecy tracą swą szlachetną nazwę, bo organizm tego nie toleruje. Niby kazali skontaktować się z lekarzem w razie takiej sytuacji, ale tabletki mam i tak do czwartku, może jakoś dam rady. Zależy mi na skończeniu serii...
Goni mnie też praca, są naciski, że muszę wracać. Chciałam od przyszłego poniedziałku, ale jak ja przejadę 145 km, gdzie u mnie w mieście na każdej dziurze, przy każdym hamowaniu cierpię. Wszystko nie tak ...


Czasami wydaje nam się, że mieszka w nas dwóch różnych ludzi. Jeden, który wszystko doskonale czyni i tego człowieka prezentujemy światu. Jest też i ten drugi, którego się wstydzimy, i tego ukrywamy. W każdym człowieku istnieje coś takiego jak wewnętrzny dysonans i niespójność. Każdy chciałby być dobry, a jedynie dokonuje czynów, których sam często nie rozumie. Dlaczego tak jest? Dlatego, że człowiek nie jest Bogiem, nie jest też aniołem, ani jakąś nadistotą, a jedynie małym pielgrzymem w długiej, dalekiej drodze swojego życia. Własne słabości czynią go wyrozumiałym i łagodnym w stosunku do innych. Ktoś, kto jest bezkrytyczny wobec samego siebie, będzie twardy i niezdolny wczuć się w innych. Nie będzie umiał nikogo pocieszyć, dodać odwagi i wybaczyć. Szczęście i przyjaźń tkwią tam, gdzie ludzie są wrażliwi, łagodni i delikatni w słowach, i wzajemnych kontaktach.

Narty

Loading...

statystyka